Szybkość w montażu nieliniowym
część 1. plotkowanie
W propozycjach tematów do poruszenia na łamach Filmowca panuje
całkowita różnorodność. Jest jednak coś, co łączy większość z tych
propozycji. Prośba, jakie jest moje spojrzenie na dany temat, jakie
są moje preferencje. Kiedyś w redakcjach czasopism, z którymi
współpracowałem, byłem napiętnowany za tzw. "moje wrażenia". Żądano
ode mnie faktów (ja to nazywam banałami przepisywanymi z instrukcji
i materiałów firmowych oznaczonych chyba dla żartów znaczkiem
confidential).
Wiem, że wielu osobom nie podobał się mój styl testowania sprzętu.
Dzisiaj, kiedy moje teksty nie pojawiają się w prasie
polskojęzycznej, nagle okazało się, że mój sposób testowania jest
wartościowy. Przedstawiciele firm, którzy wcześniej obrażali się na
mnie za obnażanie wad, dzisiaj podrzucają mi egzemplarze sprzętu
prosząc o opinię. Odnajdują mnie również osoby czy firmy
zainteresowane poważniejszym zakupem. Żądają ode mnie nie tylko
wskazania spełniającego ich wymagania sprzętu, lecz również
przetestowania konkretnych egzemplarzy przed zakupem.
Nim przystąpię do konkretów, wyjaśnię jeszcze, że nie jestem w
wieku emerytalnym – o co niektórzy mnie podejrzewają. Po drugie
poddawane przez niektórych pod wątpliwość moje ponad 30-letnie
doświadczenie filmowe jest jednak faktem. Nieporozumienie wynika
stąd, że niektórym użytkownikom współczesnych kamer wideo wydaje
się, że niemożliwe było pasjonowanie się filmowaniem przed
pojawieniem się kamer zapisujących na taśmie magnetycznej. Pierwszą
kamerę filmową dostałem pod koniec lat sześćdziesiątych. Szybko
opanowałem rzemiosło. Sam filmowałem, wywoływałem w ciemni,
montowałem. Synchronizowałem obraz z dźwiękiem podawanym z
magnetofonu szpulowego. Konstruowałem nasadki i przesłonki
nakręcane na obiektyw pozwalające uzyskać różne efekty, również
przesłonki, wycieraczki.
